Dzień, w którym umarło radio…

Dzień dobry lub dobry wieczór – zależnie, kiedy czytacie.

I ponownie nastąpiła zmiana planów, co do artykułu. Ale taka okazja nie trafia się często. Wczorajsza rocznica urodzin Tomka Beksińskiego przywołała całe mnóstwo wspomnień, zarówno muzycznych jak i osobistych. Dziś skupię się na tych muzycznych.

Końcowe lata nauki w szkole podstawowej, słuchałem wtedy raczej muzyki popularnej, kolega o podobnych zainteresowaniach podpowiada bym włączył radio w poniedziałkowy wieczór (PR2) i chwyciło. Nie pamiętam czy od pierwszej audycji, ale po kilku już z pewnością wsiąkłem w świat muzyki prezentowanej przez Tomka. Tak bardzo, że wszystkie kasety z nagranymi piosenkami z różnych audycji radiowych (tych prowadzonych przez Bogdana Fabiańskiego też) zostały czym prędzej skasowane. Nie mogłem się przecież przyznać do swych poprzednich fascynacji muzycznych. Jego wpływ na moje zainteresowania muzyczne jest ogromny, nie wiem czego bym teraz słuchał, jak bym reagował na muzykę, czego bym w niej szukał.

Zapewne prędzej czy później trafiłbym na zespół Fields of the Nephilim, każdy musi na niego trafić, jednak w tamtych latach słuchanie ich było czymś wyjątkowym. To właśnie z jego audycji dowiedziałem się o innym projekcie Carl’a Nefilim i ich płycie Zoon. A na to już bym tak szybko nie trafił, to było poza wszelkimi moimi zainteresowaniami. Do dziś nie wszystko z tej płyty do mnie trafia, zapewne więcej niż wtedy.

Nefilim Zoon

Któż nie znał wtedy duetu Pet Shop Boys, któremu Tomek kibicował. Jednak to właśnie on zwrócił moją uwagę na single i ich drugie strony, na których można było znaleźć bardzo dobre kompozycje.

Popularność grupy Omega przypadała na inne lata, jednak to właśnie w jego audycjach usłyszałem inne nagrania, które uświadomiły mi, że Omega to nie tylko Dziewczyna o perłowych włosach, ale zupełnie inne nagrania przyprawiające o przysłowiową gęsią skórkę, jak chociażby ten.

To właśnie z jego audycji nagrywałem kasety z pierwszymi płytami grupy Lacrimosa, wiele lat przed ukazaniem się albumu Stile, który jest jedną z moich ulubionych płyt. A przecież już przed nią grali ciekawą muzykę, która nadal może się podobać.

Audycje poświęcone grupom z nurtu New Romantic, których wielokrotnie później słuchałem z kaset, na wiele lat wbiły się w pamięć. Miłość do tych romantycznych dźwięków pozostała do dziś, a Ultravox i Midge Ure zajmują w mym sercu szczególne miejsce.

To właśnie on uświadomił mi, że muzyka to nie tylko ta z zachodniej Europy – w krajach dawnego bloku wschodniego też tworzona była i jest ciekawa muzyka, wspomnieć chociażby należy o grupie XIII Stoleti.

Pamiętacie mój tekst o projekcie muzycznym Devil Doll – któż inny, jeśli nie właśnie On mógł wynaleźć Takie Cudo.

Jego uwielbienie dla polskich zespołów, takich jak Collage, Closterkeller, Quidam, Abraxas, czy Kasi Kowalskiej, nie mogło nie pozostawić śladu w mojej muzycznej wrażliwości.

Nie stronił w swych audycjach od muzyki ciężkiej, nie mówię tutaj o tytanach rockach pokroju Deep Purple czy Black Sabbath. Przypominał o grupach z nurtu NWOBHM, ale nie tylko o takich wielkich jak Iron Maiden czy Judas Priest.

Wracając do klasycznego rocka, w swoich audycjach nie ograniczał się tylko do wielkich, nie zapominał o tych mniejszych, którzy grali równie ciekawie i porywająco. Zwrócił moją uwagę na grupę Budgie i to nie tylko na ich popularne utwory, ale także na ich miniaturki muzyczne.

Lubił muzykę wykorzystującą elektroniczne instrumentarium, to właśnie w jego audycjach słuchałem płyty Violator, oraz z uwagą wsłuchiwałem się w tłumaczenia tekstów, utworów Soft Cell, solowe płyty Marca Almonda, Pet Shop Boys i kanadyjskiego duetu Psyche, którego kolejne płyty były jednymi z bardziej wyczekiwanych.

Pamiętał o muzyce poetyckiej, delikatnej – Leonard Cohen, Cat Stevens, Simon i Garfunkel – takich wykonawców także można było usłyszeć w Jego audycjach.

Nie można zapomnieć o Jego wielkiej miłości do kina i co za tym idzie do muzyki filmowej. Potrafił o nich opowiadać w sposób wyjątkowy, nie bojąc się jednocześnie zwracać uwagi na słabe strony. Jedno mu się nie udało – nie zaraził mnie uwielbieniem do horrorów z wytwórni Hammer Horrors – nic na to nie poradzę.

Mógłbym tak wymieniać i wymieniać… Każdy, kto miał okazję słuchać jego audycji, zwłaszcza sobotnich, ma swoje własne wspomnienia związane z jego osobą. Każdy z nas pamięta go inaczej, niektórzy mogli go spotkać poza radiem, inni nie. Dla mnie już na zawsze będzie się kojarzył z prezenterem idealnym. Grającym tylko to, co jemu się podoba, a nie to na co jest zapotrzebowanie. Mówiącego o emocjach jakie towarzyszą podczas słuchania muzyki czy oglądania filmu. Będzie też wspomnieniem lat młodzieńczych i wszystkiego co jest z nimi związane. A dzień jego śmierci już na zawsze pozostanie dniem, gdy radio, takie jakie kochałem, umarło.

Człowiek żyje tak długo, jak długo żyje o nim pamięć. Pamięć o Tomku jeszcze trochę z nami pożyje.

Do następnego razu.

Podziel się