Nie bywałem w tamtym Lublinie

Nie całkiem dobrowolnie obejrzałem film ‘Sylwia’ (2003).

Pomimo świetnej kreacji Gwyneth Paltrow i godnych szacunku wysiłków Daniel(a) Craig(a) [błędnie wykastingowanego do roli Ted(a) Hughes(a)] film zrobił na mnie wyjątkowo wstrętne wrażenie. Prymitywna fałszywość tej produkcji musi być widoczna nawet dla osoby nie znającej historii związku tych dwojga a w Zjednoczonym Królestwie, czy całej strefie języka angielskiego, trudno uniknąć zaznajomienia się z tym zagadnieniem zdobywając  wykształcenie humanistyczne, więc i znawców jest bezliku. Jak to z ludźmi niestety bywa, ani wiedza, ani naukowe tytuły nie chronią przed popadaniem w sektarianizm… Trzeba należeć do tego, lub innego ‘klubu kibica’.

 Nieopatrznie wyraziłem moje odczucia wobec filmu na głos i ‘na własną zgubę’ byłem jednym z tych wyjątków jaki nie tylko uniknął zapoznania się z historią rodzinną obojga pisarzy ale nawet z ich pisarstwem.

Przyszło mi ekspresowo nadrabiać zaległości.

Odrobione lekcje nie zmieniły mojej oceny filmu na lepsze. Przeciwnie, stało dla mnie jasne, że takie ‘granie do jednej bramki’ nie było możliwe bez jakiegoś ukrytego powodu… cóż, jak mądrość gminna głosi, nie jasne powody mają zwykle nominał i zostały wyemitowane przez jakiś bank narodowy jako środek płatniczy.

‘Odrabiając lekcje’ z T. Hughes(a) przeczytałem jego esej na temat twórczości Isaac Bashevis Singer(a).

W młodości przeczytałem ‘Sztukmistrza z Lublina’ i zakochałem się w tej powieści. Wracałem do niej parę razy ale nigdy nie czytałem żadnej innej literatury autorstwa Singer(a). Nie wiem dlaczego(?) Może instynktownie bałem się, że inne jego twórczości będą gorsze i zburzą mi ‘czar zakochania’ w Sztukmistrzu(?) Tak być mogło. Wiele zapomniałem z tamtych czasów, więc na to pytanie już sobie nie odpowiem.

Kupiłem sobie dwa zbiory opowiadań Singer(a). Wziąłem w ciemno pierwsze dwa na jakie wpadłem w necie w nadziei znalezienia paru tytułów do jakich Hughes odnosił się w swym eseju.

I się zaczęło.

Parę „zadanych” tytułów znalazłem ale ta „zadaność” natychmiast straciła znaczenie

Zapomniałbym już o niej gdyby nie pisanie niniejszego tekstu.

Lektura tych dwóch zbiorów była dla mnie jak dotarcie do oazy.

Jak przybycie do wymarzonego miejsca w którego istnienie wiarę dawno się już utraciło.

Jak spotkanie kogoś z kim powinno się spędzić życie.

Endorfiny krążą w krwioobiegu i pragnie się tylko więcej.

Dlaczego?

Czy te opowiadania są aż tak wspaniałą literaturą?

Z pewnością nie wszystkie. Gdybym musiał podjąć się roli krytyka literackiego przyznając ‘techniczne noty’ opowiadaniom zawartym w dwóch przeczytanych zbiorach, nie każde z nich otrzymałoby najwyższą. Najwyżej kilka.

A może jest w nich coś innowacyjnego lub ożywczego(?)

W paru opowiadaniach zdarzają się takie elementy. W jednym znalazłem nawet coś rewolucyjnego. Ale generalnie wszystkie składniki tych opowiadań są bardzo konwencjonalne a nawet można by się czasem przyczepić do nawykowości lub repetytowności  niektórych komponentów.

Czy może urzekają panoramą najszerzej rozumianej żydowskości na przestrzeni około stu lat między płową 19go i 20go wieku?

Nie jestem etnologiem ani profesjonalnym, ani amatorem. Sekrety obyczajów zwykle mnie nie interesują, zwłaszcza gdy są znacząco powiązane z dowolną  religią. Ta ostania właściwość mogłaby mnie raczej irytować niż fascynować.

No, nie jestem też Żydem.

Nie znam też Jidysz [Omawiane opowiadania przeczytałem w tłumaczeniu angielskim jakie ma tę zaletę, że przekłady wykonano w USA przy bezpośrednim udziale samego Singer(a)].   

Czy może te opowieści powiązane z Polską grają na wrażliwych strunach mojej duszy przez obraz utraconego składnika polskości jaką wycieli naziści a dokończyli sowietyści(?)

To akurat mogłoby być dostatecznie przekonującą odpowiedzią w czasach mojej młodości. Może to nawet odegrało w tamtych czasach rolę w mojej percepcji ‘Sztukmistrza z Lublina’ ale dziś sentymenty już we mnie nie grają.

Dodatkowo, akcja części opowiadań dzieje się daleko od ziem Pierwszej i Drugiej Rzeczpospolitej.

Dlaczego, więc te powiadania przemówiły do mnie z tak przemożną siłą?

Dlaczego lektura tych dwóch zbiorów była dla mnie jak dotarcie do oazy?

Jak przybycie do wymarzonego miejsca w którego istnienie wiarę dawno się już utraciło.

Jak spotkanie kogoś z kim powinno się spędzić życie.

Dlaczego endorfiny krążyły w mym krwioobiegu podczas czytania i po nim?

Dlaczego wszelkie niedostatki nijak nie zaburzały tych doznań?

Nie znam definitywnej odpowiedzi.

Może na tym polega talent pisarski(?)

Może tym właśnie różni się naturalny pisarz kontynuujący posłannictwo ‘opowiadaczy’ z ery przedpiśmiennej od sprawnych ‘operatorów języka’(?)

Podziel się