W nadchodzącym okresie świętowania większość z nas pewnie otworzy jakąś zacną zakorkowaną butelkę.
Chyba już nie ma żywego ducha jaki nie czytałby, albo słyszał czegokolwiek o zasadach picia wina.
Każdy wie, że w dobrej restauracji należy oczekiwać ‘korka do powąchania’ w przypadku zamówienia całej butelki. Podobnie doradza się tę operację nawet w przypadku domowej konsumpcji.
Korek a ściślej jego wąchanie, jest trochę jak zepsuta strzelba. Czasem wypali ale nikt nie potrafi przewidzieć kiedy i w którą stronę.
W wąchaniu powinniśmy wyczuć kiepskie lub zepsute wino po octowym tonie zapachu. Problem w tym, że octowa nuta na korku występuje częściej niż NIE-występuje i w niewielu przypadkach mówi nam cokolwiek o zawartości butelki. Niewątpliwie osoby obdarzone nadzwyczajnym powonieniem potrafiłyby odróżnić ‘dobrą octową nutę’ od ‘złej’ ale gdyby takich osób było wiele, to przemysł kosmetyczny nie płaciłby im kosmicznych pensji za wąchanie. Takie osoby stanowią ułamek promila populacji.
Czyli, lepiej nie tykać?
To nie takie jednoznaczne.
Jeszcze ze 40 lat temu sprawa była prosta. Brało się korek do powąchania i automatycznie unikało się etykietki profana a może nawet zyskiwało się profil znawcy i na tym korzyści się nie kończyły. Wtajemniczeni wiedzieli, że w trakcie wąchania ‘się korek ogląda’. Ogląda się, czy nie jest przesuszony. Ale jeszcze bardziej wtajemniczeni wiedzieli, iż ewentualna ‘przesuszoność’ jest prawie tak samo niejednoznaczną przesłanką jak octowy zapach. Natomiast ocena jakości, czyli ceny korka była powtórnie jest ‘coś-mówiącą’.
Plus minus 40 lat temu kończyła się era korkowej oczywistości. Przedtem było jasne, iż korek z tworzywa lub inna „zatyczka” to domena podejrzanej taniochy. Producenci w-miarę-przyzwoici skłonni/zmuszeni ciąć koszty używali korków z prasowanych resztek korkowych jakie też miały kilka kategorii cenowo-jakościowych, co wprowadzało dodatkowe półtony do oceny.
Korek całkowicie naturalny znamionował dobre wino a jeśli był dłuższy niż spirala standardowego korkociągu, to wiedzieliśmy, iż mamy do czynienia z ‘najwyższą półką’.
I wtedy przyszli Chilijczycy ze swoją [prawdziwą] narracją, że oferują dobre wina w cenie obiadowych ale z powodu protekcjonizmu fiskalnego Europy muszą stosować korki syntetyczne, by zaistnieć na europejskim rynku. Wykazywali się przy tym niezłą kreatywnością w nadawaniu syntetycznym korkom ‘fajnego’ charakteru. Niebawem dołączył do tego globalny nurt ekologiczny w narracjach promocyjnych i w efekcie nawet wśród producentów bardzo drogich win pojawili się odważni lansujący syntetyczne/recyklingowe korki.
W tym momencie sztuka z oglądaniem korka pod pretekstem wąchania dostała czkawki.
Minęło trochę czasu i świat opanował kult ‘bilionerstwa’. Jednym z jego aspektów jest ‘fason na marnotrawstwo’ a to objawia się świadomym przekonaniem przechodzącym w podprogowe poczucie, że ‘im droższe tym lepsze’. Wielu z nas już powoli zapomina, iż ceny nie są wyznaczane przez ducha świętego i ten ‘mentalny trend’ jest do tychże cen doliczany.
40-50 lat temu wina za ekwiwalent dzisiejszych kilku/kilkunastu tysięcy euro można było zobaczyć tylko na aukcjach dla zbieraczy, jacy raczej nigdy nie odkorkowywali zabytkowych drogich win. Teraz istnieją sklepy gdzie każdy może sobie zobaczyć (a jeśli jest pretensjonalnym durniem) to nawet kupić wino w cenie samochodu [Na marginesie, ceny samochodów były jednym z pierwszych ‘pól doświadczalnych’ na którym testowano wymuszanie kosmicznych marż. Niestety dotyczy to nie tylko modeli ekskluzywnych].
Tu mały disclaimer: Pisząc o cenach win poniżej będę się posługiwał realiami sklepowego rynku francuskiego [ceny restauracyjne snob-butikowe i internetowe wprowadzałyby chaos]. To oznacza, że np. ceny win francuskich będą najprawdopodobniej wyższe na innych rynkach. Nie będę się też odnosił do win z innych krajów, ponieważ ich wybór we Francji jest żałosny a ceny kalkulowane chaotycznie i bez relacji z jakością (czasem in plus, czasem in minus)
Zacznijmy od win między 5 i pół a 9 i pół euro.
To jest mniej-więcej poziom cenowy, który niemalże gwarantuje brak rozczarowania jeśli potrzebujecie przyzwoitego trunku do dobrej kolacji [‘niemalże’, oznacza zastrzeżenie dla win czerwonych, jakie łatwiej ‘uszkodzić’, a że tej grupa nie zawsze jest traktowana idealnie przez handlowców, więc wino częściowo, lub całkowicie ‘uszkodzone’ może się zdarzyć. Przyzwoitość win białych, różowych i musujących w tym przedziale jest gwarantowana, wg moich doświadczeń].
W tym przedziale korki są syntetyczne albo z prasowanej masy korkowej a nawet bywają aluminiowe zakrętki. Zatem jeżeli gospodarz jakiegoś przyjęcia zaoferuje francuskie wino zatkane jednym z powyższych sposobów, to nie powinno być powodem do najeżania się.
Wina między 9 i pół a 19 i pół bywają dość różnorodne. Od ‘lepiej gwarantowanej’ wersji poprzedniej grupy po wina bardzo satysfakcjonujące jak gdyby należały do jeszcze wyższego przedziału. Tu już raczej syntetyczny korek się już nie trafi, ponieważ jak wspomniałem wcześniej, narracje promocyjno-wizerunkowe już alternatyw dla korka nie przewidują.
Od 19 i pół do 29 i pół dowolne wino będzie znamienitym przeżyciem bez względu na to czy mają towarzyszyć posiłkowi, czy będąc degustowane niezależnie, lub do półmiska serów. Korki w tym przypadku będą całkowicie naturalne lub wymyślnie sprasowane z masy korkowej i naturalnych wykończeń.
Wina między 29 i pół a 49 i pół różnią się od poprzedniego przedziału tylko jedną właściwością (nie licząc kosztu pozyskania). W grupie poprzedniej mogą zdarzyć się ‘wina bez polotu’, choć i bez zarzutu a w tej ‘polot’ jest już raczej gwarantowany. Trudno mi wytłumaczyć zwięźle co rozumiem pod pojęciem ‘polot’ w tym zastosowaniu. Natomiast wiem z doświadczenia, że najmniej połowa oddanych miłośników win tej właściwości trunku nie wyłapuje. To nie żaden przytyk ani pole do ambicjonalnych przymiarek… to po prostu genetyka.
A korki są dłuższe.
I tu w zasadzie powinienem zakończyć opowieść, pomimo, że miłośnik wina powinien choć raz w życiu spróbować trunku między 50 a 100 euro.
Dlaczego jednak zakończyć tę opowieść(?)
Bo w piciu wina chodzi o zdrową radość.
We francuskim sklepie osoba z pewnym doświadczeniem znajdzie przyzwoite wino do miłej kolacji nawet poniżej 5 i pół euro [w przedziale jaki kompletnie pominąłem by nie szokować na wstępie]. Ta sama osoba znajdzie wyśmienite wino na każdą okazję już przedziale drugim (9 i pół do 19 i pół).
Wyobraźmy sobie parametr 'przyrostu wrażeń degustacyjnych i prewencji rozczarowania’
Taki umowny parametr jest wart podwojenia wydatkumiędzy grupą pierwszą a drugą. Bez żadnych wątpliwości. Tymczasem ten sam parametr między grupą drugą i trzecią nie zawsze odzwierciedlają wzrost wydatku. Oczywiście osoba z doświadczeniem może w tym przedziale cenowym znaleźć trunek o cechach wyższej grupy ale tego doświadczenia nie da się nauczyć z książek. Czasem nawet nie warto nabywać go jakąkolwiek drogą, ponieważ każdy z nas rodzi się z określoną genetyką wyznaczającą pewne ‘widełki’ i przebijanie się poza nie na siłę nie ma sensu a może być niezdrowe (nie koniecznie w sensie somatycznym).
W miarę zbliżania się do ceny 50 euro przyrost wrażeń degustacyjnych coraz słabiej rekompensuje przyrost wydatku nawet osobie genetycznie uwarunkowanej do recepcji pierwszych a finansowo do akceptacji drugich. Między 50 a 100 euro rośnie już tylko wydatek.
Nigdy nie piłem wina powyżej 200 euro za butelkę ale znając progresję przeżyć degustacyjnych między pięć a pięćdziesiąt vs. pięćdziesiąt a sto-kilkadziesiąt, nie zmierzam zmieniać tego stanu. Nie widzę sposobu jak cokolwiek mogłoby mnie przekonać, że wino za 50000 przewyższa w czymkolwiek w wino za 50euro. Nawet korek będzie taki sam.
Ale może ktoś zna takie cokolwiek(?) Proszę o kontakt.
