Z reguły wystarcza kilkukrotne przesłuchanie płyty, by wyrobić sobie jako taki pogląd i zasiąść do pisania tekstu jej poświęconego. Niekiedy trafia się na album, którego nawet kilkukrotne przesłuchanie nie daje nam pewności, że jesteśmy uprawnieni do napisania czegokolwiek. Spróbuje.
Obraz nr 1
Samotny, ośnieżony szczyt górski. Wokół widoczne niższe partie gór, niknące w oddali drzewa, gdzieniegdzie przebiegająca jakaś zwierzyna. Samotny mężczyzna siedzi na szczycie i wpatruje się w dal. Gdzieś na krańcu pola widzenie, rysuje się olbrzymi kulisty kształt. Z każdą chwilą zbliża się do samotnego człowieka, ciągnąc za sobą ciemne chmury, które przeszywają błyskawice. Cała przestrzeń wypełniona jest, tylko i wyłącznie, przenikliwym mruczeniem, które przenika wszystko wokół. Powoduje wibracje wszystkiego, co znajdzie się w jego zasięgu. Samotny mężczyzna wpatruje się w nadciągający ku niemu kształt, który zbliża się, stojąc jednocześnie w miejscu. Trwają tak od wielu dni, sprawiając wrażenie oczekiwania na koniec, który jest nieuchronny, a z drugiej strony odwlekany w nieskończoność.
Obraz nr 2
Przestrzeń kosmiczna, totalna pustka i wszechogarniająca cisza. Gdzieś w oddali można dostrzec samotną postać, dosiadającą ogromnego, czarnego rumaka i dzierżącą w prawej ręce miecz, który jarzy się niebieską poświatą. Unoszą się na tle święcącej gwiazdy, na tle której ustawiony jest szereg wojowników, dosiadających zwierzęta, które na pierwszy rzut oka mogą przypominać ziemskie wierzchowce. Podobnie jak samotny wojownik, unoszą się w przestrzeni i oczekują na ruch jeźdźca, tak jak on oczekuje na ich ruch. Trwają w takim bezruchu od dawien dawna, wypatrując oznak zmęczenia, którejś ze stron. Zmęczenia, które oznaczać będzie rozpoczęcie wojny, która wyłoni zwycięzcę. Przegranych nie będzie.
Obraz nr 3
Laboratorium, ukryte kilometry pod powierzchnia rozgrzanego piasku pustyni, która pokrywa większą część ziemi. Zgarbiony naukowiec pochyla się nad mikroskopem, jedną ręką regulując ostrość, drugą trzymając ołówek nad otwartym notatnikiem. Wie, że znalazł rozwiązanie, które będzie zarówno końcem starego jak i początkiem nowego świata. Wszystko jest w jego rękach, od niego tylko zależy jaka będzie przyszłość czy gatunek ludzi zginie bezpowrotnie, czy odrodzi się na nowo. Spogląda na stare łóżko w rogu laboratorium. Zniszczony koc delikatnie unosi się w rytm oddychającej niespokojnie młodej dziewczyny. Naukowiec podjął już decyzje, spogląda ostatni raz na łóżko, zabiera ze sobą notatnik i wychodzi na korytarz.
Obraz nr 4
Zniekształcona postać, której ręce i nogi nie przypominają już ludzkich, sunie niespiesznie przez wyludnioną przestrzeń, która kiedyś była ziemią. Liną, przywiązaną niezdarnie do pasa, ciągnie za sobą worek. Stary, zniszczony, pamiętający inny czas, inny świat. W nim ma wszystko znalezione i zebrane przez lata samotnej podróży. Kilka metrów za nią, powoli idzie coś, co kiedyś mogło być psem. Teraz jest zaledwie zlepkiem jakiś odnóży przytwierdzonych do ciała, które ma dwoje oczu i otwór gębowy. Wędrują tak od długiego czasu, żywiąc się wszystkim co znajdują na swej drodze licząc się z tym, że może to by ich ostatni posiłek. Głowa, spuszczona praktycznie cały czas w dół, sporadycznie się podnosi i szuka czegoś nerwowo wokół. Gdy już znajduje, opuszczą ją ponownie i rusza dalej w swój niekończący się marsz.
Gdzieś w oddali można dostrzec postać, którą kiedyś, w zamierzchłych czasach, ludzie nazywali aniołem. Aniołem Śmierci. To właśnie za nią podąża ostatni mieszkaniec ziemi, szukając końca ludzkości.
Przyznać muszę, że niezbyt optymistyczne są obrazy, które przychodziły mi do głowy podczas słuchania płyty Lustmord Much Unseen Is Also Here (wydanie 15.03.2023).
Lustmord – to pseudonim Briana Williamsa, brytyjskiego pioniera muzyki dark ambient. W przypadku tego albumu, bardzo dark.
Pierwsze przesłuchanie dźwięków, tak dźwięków, zawartych na albumie wywołało dziwne wrażenie. Wszystko dzieje się bardzo powoli, z początku trudno doszukać się tutaj jakiejkolwiek melodii. Ona wyłania siępóźniej, przy kolejnym spotkaniu z całością. Tego albumu nie można słuchać w odcinkach, po kawałku. Trzeba zarezerwować sobie 80 minut wolnego czasu, a co jeszcze ważniejsze, pozbyć się wszelkich rzeczy, które mogą zakłócić odbiór całości. Całości, która nie ma początku, ani końca. Podczas obcowania z dźwiękami, później z muzyką, mamy wrażenie obcowania z czymś nieuchwytnym, czymś z granicy jawy i snu, końcem i początkiem wszystkiego. Nie będzie, to łatwa podróż, zdecydowanie nie. Jeśli tylko na to pozwolimy, pochłonie nas bez reszty i pozostawi w osłupieniu na długi czas. Te 80 minut, to podróż w głąb siebie, kosmosu, czarnej głebi oceanu. Do miejsc, w których nie ma czasu i przestrzeni, a my tkwimy w swego rodzaju letargu i tylko pojedyncze dzwięki docierają do naszej świadomości.
Ta muzyka, te dźwięki potrafią oczarować, zniewolić, ale także wywołać lęk i przygnębienie. Mnie osobiście nic takiego nie spotkało, za dużo mam swoich lęków, by muzyka wywołała kolejne. Uczciwie ostrzegam osoby, które podatne są na takie wpływy.
Jak słuchać tej płyty? W skupieniu, w samotności, głośno lub w słuchawkach.
Oczywiście, znajdą się też tacy, którzy wyłączą ją po pierwszych minutach. Czy coś stracą? Nie odpowiem jednoznacznie. Z jednej strony zdecydowanie tak, z drugiej nie każdy potrzebuje takich przeżyć, nie potrzebuje styczności z niezrozumiałym, nieuchwytnym. Dla niego będzie to tylko strata czasu.
Dla mnie nie była, i to już kilkukrotnie.
Do następnego razu…
Jeśli spodobał sięTobie, drogi czytelniku, mój tekst, z chęcią napiję się z Tobą kawy
BuyCoffee – https://buycoffee.to/mymufilki

