A to ciekawe

Jako fan muzyki wszelakiej, prawie każdej, powinienem cenić płyty z dopiskiem Live. A z tym bywa różnie, bardzo różnie.

Wiem, są płyty, które jednogłośnie uważane są za wzorcowe albumy koncertowe, na przykład Deep Purple ze swoim Made in Japan, Depeche Mode i 101, Iron Maiden En Vivo, Led Zeppelin i The Song Remains the Same, Pink Floyd i Delicate Sound of Thunder oraz Pulse. Można tak długo wymieniać, przecież każdy z nas ma swoje ulubione albumy, także te koncertowe.

Koncerty mają to do siebie, że artyści pozwalają sobie na wprowadzanie wielu zmian w utworach, w ich strukturze. Pozwalają sobie na dialog z publicznością, wydłużają partie instrumentów. Pełna dowolność, ku uciesze fanów. Czasami, to co słyszymy na koncertach stanowi zupełnie nową jakość, coś co przechodzi do historii, o czym wspomina się przez lata i stawia za wzór dla innych.

Ja też mam swoją ulubioną płytę koncertową, zapewne dla wielu z was będzie to spore zaskoczenie. Zanim jednak o niej opowiem chciałbym napisać kilka słów o fragmentach zarejestrowanych podczas występów na żywo. Robią one powalające wrażenie od lat i wszystko wskazuję, że to się nie zmieni.

Słysząc nazwę Uriah Heep, każdy fan muzyki ma pewne dźwięki, które od razu pojawiają się w głowie. U mnie zdecydowanie jest to utwór The Park, a tuż za nim Lady in Black. Ten drugi zapewne znają wszyscy, jeśli nie z tytułu, to po pierwszych dźwiękach. I właśnie ten drugi utwór jest tym, który podczas występów na żywo robi niesamowite wrażenie, ale nie w wersji wykonywanej przez zespół, tylko przez Kena Hensley’ a. To co dzieje się podczas występów, to jak utwór trwa i trwa, to jak publiczność reaguje na dźwięki ze sceny – to czysta magia koncertu. Ja wybrałem wersję z koncertu w Niemczech. Trochę ponad 11 minut muzyki, i to jakiej.

Bardzo lubię posłuchać utworów zespołu Thin Lizzy, nie mam ulubionego albumu z ich dyskografii, do czołówki zdecydowanie należy wydawnictwo koncertowe zatytułowane Live and Dangerous z roku 1978. Od lat z wielką przyjemnością wracam do dwóch fragmentów z tego krążka i za każdym razem jest to powrót, któremu towarzyszą takie same, pozytywne emocje. nie może przecież być inaczej, utwory Emerald i Massacre.

No tak, to są fragmenty, wybrane momenty, a jaka jest ulubiona płyta koncertowa autora tekstu? Będzie spora niespodzianka, jednak taka jest właśnie prawda. Płytą z wyrazem Live w tytule, którą bardzo lubię słuchać jest album Tiny Turner Tina Live in Europe.

Już wyjaśniam, dlaczego nie Deep Purple, Pink Floyd, Depeche Mode czy inny artysta. Do tamtych płyt wracam równie często jak do albumu Tiny, z małą różnicą – tam wybieram utwory, czasami zatrzymuję się przy jakimś, tutaj nie – włączam, śpiewam czasami z publicznością, czekam na duet z Davidem, niezapomniane Tonight, i słucham do samego końca bez powtórzeń. Po prostu słucham i słucham.

I wiecie co jest w tym najwspanialsze, że zupełnie się tym nie przejmuję, że nie mam przysłowiowego 'parcia’ by szukać innej płyty, która daje mi tyle emocji. Bo jest przecież Alchemy Dire Straits, którą wielbię, jest Live in Rio Ironów, jest …., jest tak wiele muzyki na świecie, także tej zarejestrowanej na żywo, że każdy znajdzie coś dla siebie.

A mi pozwólcie cieszyć się płytą Tina Live, nawet jeśli tego nie rozumiecie.

Do następnego razu

Podziel się