Pieprzone oczekiwania

(rzecz o koncercie idola)

Jechałem spełnić marzenie. Unosić się nad ziemią, przeżyć ucztę mentalną. Usłyszeć głos rockowego idola i delektować się brzmieniem, które rzucało mnie wielokrotnie na kolana. Jechałem zobaczyć moją młodość w występie kultowych dwóch kapel z kultowymi dziełami, które miały swoje ważne miejsce nawet w Lewitacji.

Jechałem z oczekiwaniami. Że przejdą mnie dreszcze a „ciary” nie opuszczą ani na moment, zwłaszcza kiedy na scenie pojawi się David Coverdale. Bo to właśnie on był dla mnie największym magnesem. To jego głos miał wprawić wszystkie moje wnętrzności w przyjemne wibracje, to jego wrzask miał na mnie zadziałać jak podmuch mocnego wiatru. I to właśnie od rozczarował mnie tego wieczoru najbardziej.  

Joey Tempest był na tym koncercie taki jaki miał być, jego zespół – EUROPE – tym bardziej. Miało być show i było show zwłaszcza kiedy rozbrzmiał „The Final Countdown”. I pomyślałem wtedy: „Biedny Joey, za chwilę wszyscy o nim zapomnimy bo wejdzie David i pokaże co to znaczy być wokalistą rockowym”. Ale David wyszedł i…czy on już zaczął? Z muzyki, która była jedynie wypełnieniem luki między dwoma zespołami płynnie przeszliśmy do Whitesnake, bez żadnego mocnego akcentu, bez wyciszenia, bez tzw. (przepraszam za określenie) „pierdolnięcia”.

Davida nie było słychać. Z jego mocą w głosie, z jego głębią i możliwościami darcia się – nie było go słychać. Za to pozdrowił wszystkich serdecznie uderzając się w okolice serca i rozstawiając szeroko ramiona. I robił podczas tego koncertu bardzo często. Do repertuaru dołożył jeszcze wysyłanie buziaków w publiczność. Śpiewu było mało, wiele było prób śpiewu. Uśmiechał za to do publiczności niezależnie od tekstu jaki właśnie wyśpiewał, wycierał palcem kąciki ust przy słowach „Taste” i „Love”, chciał być jak młoda prowokująca gwiazda rocka kładąc dłoń na przyrodzeniu. Zachowywał się jakby chciał powiedzieć: „Patrzcie, jestem wielki i gram dla Was wielkie przeboje. Cieszycie się?”

Takie „buziaczki”, uśmiechy, ramiona, uderzanie w serce wydawało mi się, że są domeną koncertów disco polo…myliłem się? To miał być koncert ROCKOWY! Może gdybym zamknął oczy, przestał oczekiwać tak wiele od rockowego idola – miałbym ucztę.

Cholerne oczekiwania. Ale jak ich nie mieć kiedy umiera się mentalnie przez tyle lat przy choćby „Still Of The Night”, kiedy płacze się wewnętrznie niemal od zawsze słuchając „Looking For Love”, kiedy płacze się nie tylko wewnętrznie podczas „Don’t You Leave Me This Way” nagranego w kooperacji z najlepszym gitarzystą świata Jimmy’m Page’em…

I po raz kolejny pomyślałem, że koncert nigdy nie był dla mnie zabawą. Żaden koncert. To zawsze była wisienka na torcie (czy truskawka – jak kto woli). To miała być zawsze kontynuacja bądź nawet pogłębiona wersja magii stworzonej przez wykonawcę na płycie, w nagraniach studyjnych. Bo cóż mi po artyście, który wprowadza mnie w mentalny kosmos a potem podczas występu na żywo każe mi się bawić i skakać do tej samej muzyki, nawet jeśli inaczej zagranej.

Od artysty oczekuję spektaklu, nie odegrania znanych mi utworów, tylko spektaklu, klimatu. Nie potrzebuję prób nawiązania kontaktu z publicznością, zwłaszcza jeśli się to odbywa przez wykrzykiwanie nazwy miasta, w którym koncert się odbywa. Potrzebuję mistycyzmu, nastroju, kunsztu i chyba niestety powagi. Miałem to przy Archive, miałem to przy Dead Can Dance, The Cure czy nawet U2 choć bardzo dawno.

Powiecie: inaczej dobieraj artystów. Tak, macie rację. Ale zapewne jeszcze nie raz popełnię ten błąd wybierając jakiś inny Whitesnake – czyli muzycznego bohatera mojej młodości.

Pieprzone oczekiwania.

Wojciech Zawioła

Lewitacja   

12 czerwca, Kraków, Whitesnake
Podziel się