Obrzydliwcy, neptki i niedowyborcy

Ciemnogrodu dzień powszedni (60)

1. Przechera Kaczyński był skuteczny w omamianiu suwerena, ale stary pies nie nauczy się nowych sztuczek, dlatego niedowarzeni młodzi (zwłaszcza chłoptasie) pochopnie stawiają na Konfederację, bo PiS to dla nich obciach, którego emblematycznym szczytem jawią się glonojadzie usta pewnego Oskarka. O Platformie Obywatelskiej i premierze Tusku przez całe swoje dzieciństwo i wczesną młodość słyszeli w mediach partyjno-rządowych i od symetrystów wyłącznie najgorsze rzeczy, spośród których najmniej strasznym jest przymus jedzenia robactwa. Za życia wielu z nich lewica nawet nie zbliżyła się do rządzenia, będąc zwłaszcza poza parlamentem, a jej idee kojarzą się im z rozdawnictwem pieniędzy, bo wmówiono im, iż jedyny system, jaki się sprawdza, to darwinizm społeczny. Dla nich Konfederacja to „prawilni” antysystemowcy i wolnościowcy pełną gębą. Nic nie wiedzą o ewolucji, a raczej degrengoladzie moralno-politycznej Kukiza, bo dla nich to co najwyżej taki dziadunio, jak by był nim uczestnik rewolucji neolitycznej…

            Pociotków i starców zagospodarowuje jedna partia. Inna miała wessać miłośników katechety-celebryty, ale projekt nie wypalił przez splot sprzeczności i śmieszności oraz nagromadzenie pozbawionych ładu i składu pomysłów; płaczliwe fochy jego twarzy i kierownika wykonawczego też nie pomogły. Inaczej za to jest z ugrupowaniem przyciągającym dziarskich chłopców, którym marzy się nadwiślański Gilead („Idziesz do kobiet? Nie zapomnij bicza!” – Nietzsche Tako rzecze Zaratustra, przekład W. Berenta).

            Chcą być nadludźmi, chcą bić kobiety (dzieci, także i na starców pewnie zapolować, jak w opowiadaniu Buzzatiego, o ile nie pomyliłem autora), glanować obcych każdego możliwego rodzaju. Nie trzeba mieć łysej pały, żeby być skinem, a rządy takich skórzastych to nie demokracja, ale dermokracja, czyli faszyzm. Chcą wreszcie seksualnie się wyżyć i wywyższyć. W pakiecie z tą niby męską dominacją, „nadsamczością”, idzie w istocie zniewolenie także dla nich samych.

            Instynkty samopas puszczone przy braku ogłady innej niż na medialny pokaz, bez okrzesania i busoli moralnej, czyli sumienia, szybko doprowadzają do zdziczenia i wojny wszystkich ze wszystkimi (przypomnieć wypada W. Goldinga Władcę much). Dwudziesto-trzydziestoletnich wyrostków nie da się utemperować, gdy posmakują krwi słabszych.

2. O ileż częściej mówi się o braku charakteru niż o jakości bądź rodzaju owej właściwości człowieka. Zresztą nie od dziś charakter stał się osobliwością (nawet już nikogo się nie komplementuje stwierdzeniem, że styl to człowiek), ba, skazą osobowości, czymś nader podejrzanym, w gruncie rzeczy godnym potępienia za niejako indywidualistyczne wywyższanie się. Bo oficjalnie pochwala się indywidualizm, ale jeno taki niczym nieodbiegający od przeciętności.

            Pojęcie charakteru zastąpiła mentalność. Słowo używane aż nazbyt chętnie i zwykle bez sensu. Czymże bowiem owa mentalność ma być? Z pewnością czymś pospolitym, właściwym dla ogółu jednostek ludzkich danego wycinka jakiejś społeczności. Może nawet cechą większości (obojętne, czy postulowaną albo potępianą). Niczego więcej – poza uwypukleniem czy wytknięciem narowów bądź nawyków ślamazarnych osób – w ten sposób nie da się opisać.

3. I jeszcze à propos mentalności i charakteru mała dygresja, którą można pominąć. Dlatego już nie ma mowy o sztuki arcydziełach. Są ikony sztuki – cokolwiek przez to rozumieć, więc każdy może sobie dopowiedzieć to albo owo. Idea kotleta jest jednakowoż nader ubogą krewną kotleta rzeczywistego, takiego do skonsumowania, a nie do delektowania się jego koncepcją. Ze współczesną sztuką, owszem, obcuje się, ale w tym słowie wyraża się ten dogłębny dystans (i nie chodzi o Brechta „efekt obcości”, a wręcz przeciwnie), bo raczej się jej nie przeżywa, nie internalizuje, nie wchłania niczym treściwy pokarm dla zmysłów i ducha czy psyche. Obcą, a jeszcze częściej obojętną (obcość częstokroć jednak zaciekawia) zmysłom naszym pozostaje nowoczesna i współczesna (poczynając od końca pierwszej awangardy) artystyczna działalność, bo niekiedy trudno mówić o twórczości, nawet gdy w sposób wyrozumowany ją cenimy i wręcz podziwiamy. Za mało w niej kunsztu, wirtuozerii, mistrzostwa. Za wiele wykoncypowania, pychy premedytacji. To przeważnie projekty, a nie w pełni wykonane, zrealizowane dzieła, wytwory w sensie dosłownym. Sztuki produkty przestały być konkretne, nie są rzeczą, ba, wymagają opisu, interpretacji, komentarza odautorskiego, a więc są kalekie z urodzenia; to obiektywnie nierealne obiekty. To nie jest już nawet sztuka dla sztuki, sztuka dla artystów i krytyków, autoteliczny noumen… To ściema dla spekulantów i inwestorów.

4. Odstrychnięcie się od świata polityki jest współbieżne z ucieczką od wzięcia odpowiedzialności za coś więcej niż własne cztery litery, a jednocześnie nie przeszkadza w narzekaniu na stan państwa. Dla wielu brak własnego państwa byłby bardzo wygodny, bo wszystko by mogli zwalić na zaborców i nic nie robić ze swoim życiem „złamanem”…

5. Po lekturze powyższych uwag już chyba nikt nie będzie mnie posądzał o optymizm i dlatego mogę się śmiało wypowiedzieć przeciwko defetystom, zniechęcaczom, tym wszystkim, których bawi, że i tak się nie uda, nic znowu nie wyjdzie, w ogóle będzie gorzej niż źle. Być może mają słuszność – ale ja ich podejście do sprawy mam za prymitywne gówniarstwo.

            Właśnie z racji wyznawanego sceptycyzmu nie uznaję postawy, która sprowadza się do totalnego malkontenctwa. Samosprawdzająca się przepowiednia bywa obecna i w myśleniu życzeniowym na opak. Jeśli będzie się powtarzać bezustannie, że się nie uda, to w ten sposób zwiększa się czy się zmniejsza szansę powodzenia czy niepowodzenia?

            Wieszczenie porażki jest bardziej szkodliwe od otwartego do niej się przyczyniania. Może to sabotaż nieumyślny, ale obiektywnie to zdrada. Bowiem nie ma gorszego szkodnika niż domowy, wewnątrz wspólnoty.

6. Dość mam tych wszystkich „nieudasiów”, którzy w dniu klęski ucieszą się, iż mieli rację, choć sami również zostaną ofiarą nieszczęścia, jakie przyniesie nam triumf niszczącego dorobek naszej ojczyzny układu.

            Dlatego dojrzały pesymizm, nawet fatalizm czy po prostu „dołerstwo” nie oznaczają lamentów, rozpaczliwego darcia szat i krakania, że wszystko na nic. Wręcz przeciwnie! To jest postawa dostojna i heroiczna w klasycznym rozumieniu definicji obu tych wyrazów. Nie miejsce na cierpiętnictwo czy patos, ale jak najbardziej pora na powagę i determinację. Zrobić trzeba, ile się da, ile ma się sił dla sprawy, którą się uważa za słuszną i godną poświęceń. Oczywiście, nie popadajmy w patos, to jeszcze nie jest postawa straceńcza. Nie tej skali są wyzwania, na razie przynajmniej i oby nie stało się inaczej. Jest to racjonalna obrona wartości demokratycznych.

            Racjonalna w stopniu najwyższym, gdyż wyłącznie przestrzeganie tych wartości w państwie faktycznego prawa i prawdziwej sprawiedliwości gwarantuje jednostce elementarną wolność i ochronę godności, a także, co nie jest bez znaczenia, własności osobistej.

7. Podstawowe zalecenie Epikura, który kojarzy się z filozofią hedonizmu, jakże przekłamaną w obiegowym pojmowaniu jako mająca za cel (nad)użycie rozkoszy, brzmiało dosyć zaskakująco. Otóż kazał on żyć w ukryciu, z dala od oczu bliźnich i ich spraw. Tylko wtedy, nie będąc na widoku, z dala od agory, można zaznać szczęścia dostatku spokoju, inny luksus niż spokój nie jest godny filozofa…

            Postulat ten może zrealizować garstka ludzi – najbogatszych i… najbiedniejszych. Pozostali nie mogą liczyć na podobny zbytek. Dlatego jako zwolennik hedonizmu na miarę naszych czasów apeluję o jeszcze jeden wysiłek w celu zapewnienia sobie, czyli nam, ludziom kochającym normalną wolność przyszłości bez zamordyzmu, segregacji, szczucia na odmienności i dyktatu ciemnogrodzkich ideologów spod znaku inkwizycji i nazistowskiej swastyki.

– – – – – – – – – – – –

Dwie nieprzypadkowe lektury polecane przy okazji tego felietonu:

Mariusz Janicki, Wiesław Władyka Brat bez brata. Dokąd prowadzi Polskę Jarosław Kaczyński.

Książka tandemu felietonistów „Polityki” ukazała się w roku 2019, ale nic a nic nie traci na aktualności zawarta w niej analiza (prognozy już się w większości ziściły) mściwie nam panującej władzy pod przewodem nader osobliwego osobnika.

Ekke Overbeek Maxima culpa. Jan Paweł II wiedział.

Szkoda, że u nas garstka osób się zdobędzie na przeczytanie tej ponad pięćsetstronicowej książki z dokumentującymi jej rzetelność odnośnikami i przypisami. Za to tytuł chętnie komentują wszyscy, niezależnie od tego, jaki mają stosunek do postaci papieża z Małopolski. Tradycyjnie rozmowa o faktach jest jeszcze przed nami, o ile w ogóle do niej dojdzie…

– – – – – – – – – – – –

Jeśli ten tekst okazał się ciekawy, to zachęcam do postawienia mi kawy.

buycoffee.to/robertpasnicki

Podziel się